I tego właśnie obawiałam się najbardziej. Tych wszystkich rzeczy, które działy się mojej psychice około osiem lat temu. Wtedy pierwszy raz wylądowałam w szpitalu psychiatrycznym. Załamałam się.
Moja terapeutka uprzedzała, że będzie źle. Że zanim wszystko przepracujemy będę czuła się gorzej. Więc ponownie dręczą mnie myśli samobójcze, czuję, że chciałabym się okaleczyć. Wróciło też pragnienie ucieczki, ból całego ciała, taki którego nie mogę znieść.
Kilka nocy wstecz płakałam tak strasznie, że straciłam kontakt z rzeczywistością. Nawet nie wiem w jaki sposób znalazłam się na podłodze. Chciałam rzucić się ze schodów, zrobić sobie krzywdę. Wiem, że to nie byłam ja.
Znacie takich ludzi, którzy bardzo boją się krwi? Tak, że aż mdleją? Mnie krew nie obrzydza. Cała drętwieje na myśl o złamanej kości, poprzekręcanych kostkach. Dlatego wiem, że to nie byłam ja. Ja nigdy nie skrzywdziłabym siebie w ten sposób. Pocięłabym się, przypaliła papierosem - tak jak wtedy, przed szpitalem. Ale nigdy nie chciałabym wyskoczyć z okna lub rzucić się w dół schodów. To po prostu nie ja.
Wpadłam w taką rozpacz, że krzyczałam. Oczywiście mało z tego pamiętam. Moja połówka musiała mną wstrząsnąć, uderzać mnie w twarz z otwartej ręki. Dopiero po chwili doszłam do siebie.
Moja terapeutka twierdzi, że to tzw. zjawisko dysocjacji. Z nadmiaru bólu czy ciężkich wspomnień po prostu się odłączam.
Przejawia się to też w inny sposób. Czasami wypowiadam całkiem nieświadomie losowe słowa. Przykładowo: "pomóż, ratuj, nie chcę, nie, dziwka, kurwa, spierdalaj, odejdź, zostaw mnie w spokoju". Lub wydaję po prostu dziwne dźwięki. Najczęściej dzieje się tak kiedy czuję się bardzo źle, lub wtedy gdy wykonuję jakąś czynność automatycznie. Zdarza mi się też mówić coś głosem małej dziewczynki.
Od psycholog dostałam dwie kartki, z którymi nie powinnam się rozstawać. Na jednej jest napisane ile mam lat, który mamy rok, jak mam na imię, jaki zawód wykonuję. Na drugiej są pytania: Jak się czujesz? Jakie dźwięki słyszysz? Jakie zapachy czujesz? Co widzisz? Jaki smak czujesz w ustach? - Kiedy zbliża się moment, w którym czuję, że odpływam, kartki te mają mi pomóc w "osadzaniu się" w teraźniejszości. Mam też mocno się czegoś trzymać, a stopy osadzać płasko na ziemi.
G powiedziała: "Nie jesteś już tą małą dziewczynką. Jesteś tutaj i teraz". Aż mną wstrząsnęło.
W pracy już wiszę na ostatnim włosku. Cholerne PTSD zabiera mi przyjaciół, związek, rodzinę, pasję, a teraz nawet pracę. Pożera mnie.
Rozpłakałam się przed grupą facetów. Tak, ja, dorosła. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, nie miałam gdzie się ukryć, jak uciec. Przyszedł i flashback. Cholerne wspomnienie o bezbronności, niemocy, paraliżu przed grupą chłopców.
Nie chcę tam wracać.
Dziennik ofiary molestowania seksualnego / gwałtu. Próba powrotu do dzieciństwa i przywołania wypartych z pamięci wspomnień przy wsparciu terapii poznawczo-behawioralnej. Diagnoza: PTSD zespół stresu pourazowego.
niedziela, 2 października 2016
środa, 21 września 2016
Sesja uwalniająca nr 2
Poprzednia sesja była tylko wprowadzeniem, zarysowaniem problemu dla mojej terapeutki (i dla mnie?). G stwierdziła, że zabierze mi karteczki (na poprzedniej sesji darłam je na drobne kawałeczki) bo nie powinnam się rozkojarzać i nakierowywać swoje myśli na inne zajęcia. Na koniec ustaliłyśmy, że mogę mieć takie dwie do podarcia. Jednak koniec końców nie podarłam ani jednej. Zamiennie zaczęłam chodzić nerwowo po całym gabinecie. Na szczęście ćwiczenia oddechowe pomogły mi się uspokoić. Włączyłam dyktafon i zaczęłyśmy z grubej rury.
Zaczęłyśmy od placu zabaw. G poleciła mi skupić wzrok na jednym punkcie lub zamknąć oczy. Następnie opowiadać o wszystkim w czasie teraźniejszym. Muszę przyznać, że było to okropne. Kilka razy musiała mnie poprawiać bo z całych sił uciekałam w czas przeszły. I wiecie? Widziałam to wszystko z perspektywy małej dziewczynki. Czułam zapachy, ciepło słońca, słyszałam to cholerne szumienie liści. Byłam przerażona.
- Okej, w skali od 1 - 10, przy czym 1 to najmniej, a 10 to najbardziej; jak bardzo się teraz boisz?
- 8 - powiedziałam roztrzęsionym głosem, a łzy napływały mi do oczu.
- Więc kontynuujmy.
Przypomniałam sobie, w jaki sposób pozbyli się moich przyjaciół z podwórka. Z jednego z nich zaczęli się naśmiewać, komentować jego tuszę. Tak bardzo banalnie podsunęli mi pomysł na to, że nie będziemy się bawić z "grubymi". I zobaczyłam w końcu, że dwóch z nich jest łysych, a jeden z nich miał krótkie włosy. Znowu słyszałam ich rechoty i wulgarne odzywki. Zauważyłam tutaj ważne odniesienie do mojego aktualnego życia. Boję się miejsc publicznych, knajp. Kiedy słyszę te rechoty i głośniejsze rozmowy automatycznie odnoszę to do czegoś złego. I nie działa to tak, że mogę sobie przetłumaczyć, że przecież to nic złego, że ludzie się dobrze bawią, że się po prostu śmieją. Moje ciało reaguje strachem i chce uciekać. To chyba taki alarm, reakcja na to co moje ciało doświadczyło w przeszłości - bo od tych śmiechów wszystko się zaczęło.
Kiedy leżałam na tym drzewie, i zaczęli robić to co robili, G zapytała mnie co widzę. Nie wiem czy mój umysł nie chce tego pamiętać i wyparł to całkowicie, ale jedyne co wtedy widzę to niebo ukryte za gałęziami i liściami. To musiało być lato, lub wiosna. Ludzie przechadzali się tuż obok. Słyszałam ich rozmowy, tupanie obcasów, szczekanie psa. I ten cholerny szum liści. Mniej więcej w tym momencie liście zaszumiały w rzeczywistym świecie, tuż za oknem gabinetu. I wtedy coś mi się stało. Cała zaczęłam się trząść, zaczęłam krzyczeć na moją terapeutkę. Byłam taka nieuprzejma. Strasznie głupio mi się zrobiło z tego powodu. Na szczęście G zamknęła okno w kilka sekund. Kazała mi oddychać. I kontynuować.
Kiedy poszłyśmy o krok dalej, pojawił się znany mi wcześniej ból fizyczny. I zaczęłam czuć te łapska na moich udach. Nienawidzę tego. Myślałam, że umrę. G zorientowała się, że zmierzam ku granicy mojej wytrzymałości. Wyskoczyłam z siedzenia otrzepując swoje nogi. I przerwałyśmy sesję.
- Od 1 do 10 jak bardzo się bałaś?
- 10. Tysięcy.
G zaproponowała mi wzięcie półtoratygodniowej przerwy od sesji. Ale musiałam obiecać, że nagrania będę odsłuchiwać niemal codziennie, z zamkniętymi oczami - nie w trakcie wykonywania czynności. Całkowite skupienie. Jeśli zadania nie wykonam wystarczająco pilnie, będziemy musiały wrócić do podstaw. Szczerze mówiąc minęło już kilka dni od ostatniej sesji, a ja nie odsłuchałam taśmy ani razu. Boję się.
WNIOSKI:
Często po takim "hardkorze" na sesji, czy po "spowiedzi" u kogoś bliskiego pojawia się u mnie uczucie ulgi. Dzisiaj już wiem, że nie warto było dusić tego wszystkiego w środku. Zamęczyłam swoją duszę prawie na śmierć.
Druga sprawa polega na tym, że mówienie o tym, pisanie, słuchanie pomaga mi przełożyć przeszłość na teraźniejszość. O wiele lepiej rozumiem teraz swoje emocje, uczucia, reakcje, fobie. Rozumiem jakie są ich źródła. To bardzo pocieszające. Bo nie czuję się już jak jakiś dziwoląg, który idzie z prądem tych emocji, reakcji itd. Zrozumienie ich, pomaga mi w ujarzmianiu ich.
Jestem otwarta na kolejne odkrycia.
Zaczęłyśmy od placu zabaw. G poleciła mi skupić wzrok na jednym punkcie lub zamknąć oczy. Następnie opowiadać o wszystkim w czasie teraźniejszym. Muszę przyznać, że było to okropne. Kilka razy musiała mnie poprawiać bo z całych sił uciekałam w czas przeszły. I wiecie? Widziałam to wszystko z perspektywy małej dziewczynki. Czułam zapachy, ciepło słońca, słyszałam to cholerne szumienie liści. Byłam przerażona.
- Okej, w skali od 1 - 10, przy czym 1 to najmniej, a 10 to najbardziej; jak bardzo się teraz boisz?
- 8 - powiedziałam roztrzęsionym głosem, a łzy napływały mi do oczu.
- Więc kontynuujmy.
Przypomniałam sobie, w jaki sposób pozbyli się moich przyjaciół z podwórka. Z jednego z nich zaczęli się naśmiewać, komentować jego tuszę. Tak bardzo banalnie podsunęli mi pomysł na to, że nie będziemy się bawić z "grubymi". I zobaczyłam w końcu, że dwóch z nich jest łysych, a jeden z nich miał krótkie włosy. Znowu słyszałam ich rechoty i wulgarne odzywki. Zauważyłam tutaj ważne odniesienie do mojego aktualnego życia. Boję się miejsc publicznych, knajp. Kiedy słyszę te rechoty i głośniejsze rozmowy automatycznie odnoszę to do czegoś złego. I nie działa to tak, że mogę sobie przetłumaczyć, że przecież to nic złego, że ludzie się dobrze bawią, że się po prostu śmieją. Moje ciało reaguje strachem i chce uciekać. To chyba taki alarm, reakcja na to co moje ciało doświadczyło w przeszłości - bo od tych śmiechów wszystko się zaczęło.
Kiedy leżałam na tym drzewie, i zaczęli robić to co robili, G zapytała mnie co widzę. Nie wiem czy mój umysł nie chce tego pamiętać i wyparł to całkowicie, ale jedyne co wtedy widzę to niebo ukryte za gałęziami i liściami. To musiało być lato, lub wiosna. Ludzie przechadzali się tuż obok. Słyszałam ich rozmowy, tupanie obcasów, szczekanie psa. I ten cholerny szum liści. Mniej więcej w tym momencie liście zaszumiały w rzeczywistym świecie, tuż za oknem gabinetu. I wtedy coś mi się stało. Cała zaczęłam się trząść, zaczęłam krzyczeć na moją terapeutkę. Byłam taka nieuprzejma. Strasznie głupio mi się zrobiło z tego powodu. Na szczęście G zamknęła okno w kilka sekund. Kazała mi oddychać. I kontynuować.
Kiedy poszłyśmy o krok dalej, pojawił się znany mi wcześniej ból fizyczny. I zaczęłam czuć te łapska na moich udach. Nienawidzę tego. Myślałam, że umrę. G zorientowała się, że zmierzam ku granicy mojej wytrzymałości. Wyskoczyłam z siedzenia otrzepując swoje nogi. I przerwałyśmy sesję.
- Od 1 do 10 jak bardzo się bałaś?
- 10. Tysięcy.
G zaproponowała mi wzięcie półtoratygodniowej przerwy od sesji. Ale musiałam obiecać, że nagrania będę odsłuchiwać niemal codziennie, z zamkniętymi oczami - nie w trakcie wykonywania czynności. Całkowite skupienie. Jeśli zadania nie wykonam wystarczająco pilnie, będziemy musiały wrócić do podstaw. Szczerze mówiąc minęło już kilka dni od ostatniej sesji, a ja nie odsłuchałam taśmy ani razu. Boję się.
WNIOSKI:
Często po takim "hardkorze" na sesji, czy po "spowiedzi" u kogoś bliskiego pojawia się u mnie uczucie ulgi. Dzisiaj już wiem, że nie warto było dusić tego wszystkiego w środku. Zamęczyłam swoją duszę prawie na śmierć.
Druga sprawa polega na tym, że mówienie o tym, pisanie, słuchanie pomaga mi przełożyć przeszłość na teraźniejszość. O wiele lepiej rozumiem teraz swoje emocje, uczucia, reakcje, fobie. Rozumiem jakie są ich źródła. To bardzo pocieszające. Bo nie czuję się już jak jakiś dziwoląg, który idzie z prądem tych emocji, reakcji itd. Zrozumienie ich, pomaga mi w ujarzmianiu ich.
Jestem otwarta na kolejne odkrycia.
piątek, 16 września 2016
Wpis nawet lekko pozytywny
Coś we mnie pękło. Coś jakby się zmienia. Nie wiem czy to placebo, czy może chwilowy skok endorfin, a może po prostu nastaje dobry czas. Od ostatniej sesji, po tym jak otworzyłam się przed terapeutką, moją mamą, po tym jak odnoszę się szczegółowo do mojej przeszłości minął jakiś tydzień. A ja robię drobne kroczki naprzód.
Nie płakałam ani razu. Przespałam prawie każdą noc z rzędu. Znowu jem jak należy. Kilka razy nie uciekłam przed ludźmi. Nie rozmyślałam nad kilkoma wpadkami w pracy. Czy ta terapia na prawdę działa i co najważniejsze... pozwoli mi być prawdziwą sobą?
Dostałam sporo materiałów na temat PTSD. Piszą tam, że tą traumę na prawdę trzeba przerobić ze szczegółami. Po to, aby się uwolnić. Przez ponad dwadzieścia lat trzymałam to w sobie. Te szczegóły i detale. Powracały w postaci bólu i snów. A teraz kiedy się z nimi konfrontuję czuję ulgę. Może nie od razu, i nie w momencie kiedy to robię. Ale po czasie, wszystko ze mnie uchodzi.
Jednak po tak dobrym tygodniu, nie potrafię zasnąć. Boję się jutra. Jedenasta rano. Włączamy dyktafon, siadamy naprzeciwko siebie, automatycznie spuszczam głowę w podłogę i lecimy. W głowie mam tysiąc różnych wymówek. Wszystko tylko nie chcę do tego pokoju. Czuję, że ta trauma może spływa z mojej duszy, ale zostaje w tamtym pokoju terapeutycznym. Boję się tam wrócić. Cholernie.
Nie płakałam ani razu. Przespałam prawie każdą noc z rzędu. Znowu jem jak należy. Kilka razy nie uciekłam przed ludźmi. Nie rozmyślałam nad kilkoma wpadkami w pracy. Czy ta terapia na prawdę działa i co najważniejsze... pozwoli mi być prawdziwą sobą?
Dostałam sporo materiałów na temat PTSD. Piszą tam, że tą traumę na prawdę trzeba przerobić ze szczegółami. Po to, aby się uwolnić. Przez ponad dwadzieścia lat trzymałam to w sobie. Te szczegóły i detale. Powracały w postaci bólu i snów. A teraz kiedy się z nimi konfrontuję czuję ulgę. Może nie od razu, i nie w momencie kiedy to robię. Ale po czasie, wszystko ze mnie uchodzi.
Jednak po tak dobrym tygodniu, nie potrafię zasnąć. Boję się jutra. Jedenasta rano. Włączamy dyktafon, siadamy naprzeciwko siebie, automatycznie spuszczam głowę w podłogę i lecimy. W głowie mam tysiąc różnych wymówek. Wszystko tylko nie chcę do tego pokoju. Czuję, że ta trauma może spływa z mojej duszy, ale zostaje w tamtym pokoju terapeutycznym. Boję się tam wrócić. Cholernie.
czwartek, 8 września 2016
Pierwsza sesja "uwalniająca" terapii poznawczo-behawioralnej.
No i już po wszystkim.
Pierwsza sesja "uwalniająca" za mną. Muszę przyznać, że długo na nią czekałam. W między czasie wydarzyło się wiele rzeczy. Głównie negatywnych, które bardzo przeszkadzają mi w powrocie do zdrowia. A przed samą sesją, chyba z tysiąc razy zastanawiałam się, jak się wywinąć.
Najpierw musiałam podpisać papiery, wypełnić ankietę - ocenić jak za każdym razem, moje samopoczucie sprzed tygodnia. Sprawa jest ciężka, bo czuję jak mój związek się sypie, widzę jak w pracy coraz trudniej jest mi się skoncentrować i jak popełniam coraz więcej błędów. Czuję jak to wydarzenie sprzed dwudziestu paru lat odbiera mi stopniowo wszystko o co walczę, nad czym pracuję, wszystko co udaje mi się w ogromnych bólach osiągnąć.
Dzisiejsza sesja trwała godzinę i pół. Opowiedziałam zarys sytuacji. Głównie to, co napisałam dwie notki temu. Było ciężko, G zadawała szczegółowe pytania. Ale i takie, o których na prawdę nigdy bym nie pomyślała! A które pomagają mi przypomnieć sobie więcej. Na przykład: "jaka to była pora dnia?", "w co byłaś ubrana?", "jakie drzewa widziałaś wokoło?".
Podczas całego spotkania zniszczyłam jej wszystkie wizytówki. Targałam je kawałek po kawałeczku, miętoliłam. Doszłyśmy do wniosku, że próbuję odciągnąć swoją uwagę od tego co mówię. Jednakże pomaga mi się też ta czynność skupić i wrócić do gabinetu. Nie mam pomysłu co w tym celu przygotować na kolejne spotkanie.
Miałam mnóstwo momentów, które "zablokowywały" mi mózg. Kiedy paraliżowałam się. Nie mogłam wrócić do teraźniejszości, kiedy utknęłam między wspomnieniami. G stwierdziła, że to normalny mechanizm, który często występuje w umyśle dziecka. Poza tym widzę jak całe moje ciało broni się przed tymi wspomnieniami. Jak odmawia mi posłuszeństwa.
No i jeszcze ten ból. Pamiętam go doskonale. Czuję go w pochwie. G kazała mi go opisać. Zrobiłam to w trzech słowach. Rozrywający, nagły, ostry. I cholerstwo nie przestaje. Do tego ból w klatce piersiowej. Strach i stres nie puszcza.
A po wszystkim poczułam się bardzo skołowana. Nie mogłam sobie poradzić z drogą powrotną do domu. Byłam też bardzo zmęczona. I nie mogę stwierdzić czy byłam smutna. Byłam po prostu bardzo zagubiona. Głównie ze swoimi wewnętrznymi uczuciami.
Moja przyjaciółka, która również jest w trakcie terapii po wykorzystywaniu seksualnym (leczy się Gestaltem), co więcej skończyła psychologię. Stwierdziła, że chyba nie tędy droga. Że chyba nie powinnam tego roztrząsać. Że to wszystko mnie zniszczy. Po tym wyznaniu moja motywacja spadła o połowę. Ona nawet po wielu miesiącach terapii, nie wyznała powodu dla którego tam przychodzi. A ja? A ja już powiedziałam totalnie obcej osobie mnóstwo szczegółów.
Nie wiem nawet czy to co robię ma sens, ale idę dalej.
Na sam koniec G zapytała mnie jakie mam dzisiaj plany. Powiedziałam, że mam wolne ale nie jestem w stanie dokonać niczego przyjemnego. Na to ona stwierdziła, że pod koniec terapii będę w stanie robić fajne rzeczy i to będzie oznaka powrotu do zdrowia. Pocieszające nie? Marzę o tym. O normalnym życiu bez bólu.
Pierwsza sesja "uwalniająca" za mną. Muszę przyznać, że długo na nią czekałam. W między czasie wydarzyło się wiele rzeczy. Głównie negatywnych, które bardzo przeszkadzają mi w powrocie do zdrowia. A przed samą sesją, chyba z tysiąc razy zastanawiałam się, jak się wywinąć.
Najpierw musiałam podpisać papiery, wypełnić ankietę - ocenić jak za każdym razem, moje samopoczucie sprzed tygodnia. Sprawa jest ciężka, bo czuję jak mój związek się sypie, widzę jak w pracy coraz trudniej jest mi się skoncentrować i jak popełniam coraz więcej błędów. Czuję jak to wydarzenie sprzed dwudziestu paru lat odbiera mi stopniowo wszystko o co walczę, nad czym pracuję, wszystko co udaje mi się w ogromnych bólach osiągnąć.
Dzisiejsza sesja trwała godzinę i pół. Opowiedziałam zarys sytuacji. Głównie to, co napisałam dwie notki temu. Było ciężko, G zadawała szczegółowe pytania. Ale i takie, o których na prawdę nigdy bym nie pomyślała! A które pomagają mi przypomnieć sobie więcej. Na przykład: "jaka to była pora dnia?", "w co byłaś ubrana?", "jakie drzewa widziałaś wokoło?".
Podczas całego spotkania zniszczyłam jej wszystkie wizytówki. Targałam je kawałek po kawałeczku, miętoliłam. Doszłyśmy do wniosku, że próbuję odciągnąć swoją uwagę od tego co mówię. Jednakże pomaga mi się też ta czynność skupić i wrócić do gabinetu. Nie mam pomysłu co w tym celu przygotować na kolejne spotkanie.
Miałam mnóstwo momentów, które "zablokowywały" mi mózg. Kiedy paraliżowałam się. Nie mogłam wrócić do teraźniejszości, kiedy utknęłam między wspomnieniami. G stwierdziła, że to normalny mechanizm, który często występuje w umyśle dziecka. Poza tym widzę jak całe moje ciało broni się przed tymi wspomnieniami. Jak odmawia mi posłuszeństwa.
No i jeszcze ten ból. Pamiętam go doskonale. Czuję go w pochwie. G kazała mi go opisać. Zrobiłam to w trzech słowach. Rozrywający, nagły, ostry. I cholerstwo nie przestaje. Do tego ból w klatce piersiowej. Strach i stres nie puszcza.
A po wszystkim poczułam się bardzo skołowana. Nie mogłam sobie poradzić z drogą powrotną do domu. Byłam też bardzo zmęczona. I nie mogę stwierdzić czy byłam smutna. Byłam po prostu bardzo zagubiona. Głównie ze swoimi wewnętrznymi uczuciami.
Moja przyjaciółka, która również jest w trakcie terapii po wykorzystywaniu seksualnym (leczy się Gestaltem), co więcej skończyła psychologię. Stwierdziła, że chyba nie tędy droga. Że chyba nie powinnam tego roztrząsać. Że to wszystko mnie zniszczy. Po tym wyznaniu moja motywacja spadła o połowę. Ona nawet po wielu miesiącach terapii, nie wyznała powodu dla którego tam przychodzi. A ja? A ja już powiedziałam totalnie obcej osobie mnóstwo szczegółów.
Nie wiem nawet czy to co robię ma sens, ale idę dalej.
Na sam koniec G zapytała mnie jakie mam dzisiaj plany. Powiedziałam, że mam wolne ale nie jestem w stanie dokonać niczego przyjemnego. Na to ona stwierdziła, że pod koniec terapii będę w stanie robić fajne rzeczy i to będzie oznaka powrotu do zdrowia. Pocieszające nie? Marzę o tym. O normalnym życiu bez bólu.
sobota, 3 września 2016
List do matki
Droga mamo,
Minęło około dwudziestu lat od tamtych wydarzeń, a około ośmiu od kiedy nieśmiało przyznałam przed Tobą, że to całe zło w ogóle miało miejsce. Dzień, w którym pękło niebo.
Przez cały ten okres nie byłam gotowa stanąć przed Tobą i opowiedzieć Ci, co tak na prawdę wtedy zaszło. Wykrztusiłam z siebie jedynie drobniutkie fakty. Widziałam jak z każdym słowem rozpadasz się na coraz mniejsze kawałeczki. Wiem, że zarówno dla mnie, jak i dla Ciebie było to zbyt wiele. Pewnie dlatego uciekłaś wtedy do pracy. I to był chyba powód dla którego zamknęłam się na kolejne osiem lat. Poczułam się odrzucona. Poczułam, że zrażam do siebie najbliższych. Że Was ranię. Że to dla Was za dużo.
Wczoraj przeszłam kolejne załamanie. Cały dzień leżałam w bezruchu, bez wody i bez jedzenia. Znowu poczułam się strasznie samotna. Dlatego zadzwoniłam właśnie do Ciebie. Bo choć jesteś wiele mil stąd, to są takie chwile, kiedy czuję, że mogę zadzwonić tylko do Ciebie.
I słowa zaczęły płynąć jakby same. Początkowo bałam się, że nie zrozumiesz niektórych zachowań seksualnych. Potem bałam się, że mnie odrzucisz, że powiesz, że to niemożliwe. Wystraszyłam się też, że mnie ocenisz albo zawstydzisz. Cieszę się, że nie zrobiłaś żadnej z tych rzeczy.
Terapia chyba mi służy. Bo nigdy wcześniej nie byłam w stanie tego wszystkiego wypowiedzieć na głos. Nawet przed samą sobą. A teraz poczułam się troszeczkę lżejsza. Poczułam, że te bród powoli ze mnie spływa.
Mamo, proszę Cię tylko o to żebyś mnie nie zraniła. Proszę nie zniszcz tego wszystkiego. Nie zawstydź mnie, nie opowiedz o tym nikomu innemu. Proszę bądź silna, a jeśli sobie z tym nie radzisz poszukaj swojego własnego wsparcia. Ja nie mogę dźwigać siebie i Ciebie. Nie zniosę kolejny raz widoku Twoich łez czy raniących słów. Bądź silna dla mnie. Ja potrzebuję o tym rozmawiać, a jak na razie jesteś jedyną osobą na całym świecie, której mogę powierzyć te bolesne szczegóły.
Proszę nie zostawiaj mnie z tym na kolejne osiem lat.
Twoja mała córeczka.
Minęło około dwudziestu lat od tamtych wydarzeń, a około ośmiu od kiedy nieśmiało przyznałam przed Tobą, że to całe zło w ogóle miało miejsce. Dzień, w którym pękło niebo.
Przez cały ten okres nie byłam gotowa stanąć przed Tobą i opowiedzieć Ci, co tak na prawdę wtedy zaszło. Wykrztusiłam z siebie jedynie drobniutkie fakty. Widziałam jak z każdym słowem rozpadasz się na coraz mniejsze kawałeczki. Wiem, że zarówno dla mnie, jak i dla Ciebie było to zbyt wiele. Pewnie dlatego uciekłaś wtedy do pracy. I to był chyba powód dla którego zamknęłam się na kolejne osiem lat. Poczułam się odrzucona. Poczułam, że zrażam do siebie najbliższych. Że Was ranię. Że to dla Was za dużo.
Wczoraj przeszłam kolejne załamanie. Cały dzień leżałam w bezruchu, bez wody i bez jedzenia. Znowu poczułam się strasznie samotna. Dlatego zadzwoniłam właśnie do Ciebie. Bo choć jesteś wiele mil stąd, to są takie chwile, kiedy czuję, że mogę zadzwonić tylko do Ciebie.
I słowa zaczęły płynąć jakby same. Początkowo bałam się, że nie zrozumiesz niektórych zachowań seksualnych. Potem bałam się, że mnie odrzucisz, że powiesz, że to niemożliwe. Wystraszyłam się też, że mnie ocenisz albo zawstydzisz. Cieszę się, że nie zrobiłaś żadnej z tych rzeczy.
Terapia chyba mi służy. Bo nigdy wcześniej nie byłam w stanie tego wszystkiego wypowiedzieć na głos. Nawet przed samą sobą. A teraz poczułam się troszeczkę lżejsza. Poczułam, że te bród powoli ze mnie spływa.
Mamo, proszę Cię tylko o to żebyś mnie nie zraniła. Proszę nie zniszcz tego wszystkiego. Nie zawstydź mnie, nie opowiedz o tym nikomu innemu. Proszę bądź silna, a jeśli sobie z tym nie radzisz poszukaj swojego własnego wsparcia. Ja nie mogę dźwigać siebie i Ciebie. Nie zniosę kolejny raz widoku Twoich łez czy raniących słów. Bądź silna dla mnie. Ja potrzebuję o tym rozmawiać, a jak na razie jesteś jedyną osobą na całym świecie, której mogę powierzyć te bolesne szczegóły.
Proszę nie zostawiaj mnie z tym na kolejne osiem lat.
Twoja mała córeczka.
środa, 31 sierpnia 2016
To, co umysł zapomniał, pamięta ciało. Wspomnienie #2.1 Ból rozdziewiczania
Mam dwadzieścia siedem lat i nigdy nie byłam u ginekologa. Nie używam tamponów, chociaż bardzo bym chciała. Nie uprawiam seksu penetracyjnego mimo, że osoba z którą jestem jest bardzo czuła i bezpieczna. Przez dziesięć lat związku udało nam się to może kilka razy. I wcale tutaj nie chodzi o osobę trzecią. Sama też nie jestem w stanie się tam dotknąć.
Odkąd pamiętam "to miejsce" dla mnie nie istniało. A kiedy istniało, czułam tam ból lub przeszywający dyskomfort, który powodował zgięcie mojego ciała. Wyobraźcie sobie moment, w którym idziecie z kimś do łóżka bo tego chcecie, ale w pewnym momencie musicie wypalić: "tylko we mnie nie wchodź".
Ból jest nie tylko miejscowy. W pewnym momencie pojawiają się mdłości, ból w klatce piersiowej. Ból duszy. Jakkolwiek głupio może to brzmieć. Tak. Dusza też wtedy boli.
Myślałam, że z czasem to przejdzie. Przecież też miewam fantazje, marzę o takim seksie. Niestety jest to poza moim zasięgiem. I nie mogę w to uwierzyć, że chociaż nie jestem w stanie sobie przypomnieć wszystkiego, to moje ciało pamięta to cholerne zło, które ktoś mi wyrządził.
Wczoraj uprawiałam seks, a po wszystkim zasnęłam na chwilkę. Niestety obudziłam się z tym samym uderzeniem adrenaliny, moje oczy otwarte, ciało gotowe do obrony. I przypomniałam sobie jak powstało to uczucie.
Było tam takie pochylone drzewo. Położyli mnie na nim, nie pamiętam kto mnie rozebrał. Dużo mówili i rechotali obleśnie. Rzucali dziwne komentarze seksualne, których nie rozumiałam. Zmroziło mnie, nie krzyczałam, nie uciekałam. Milczałam w bezruchu. Któryś z nich nieumiejętnie próbował wsadzić mi penisa. Pamiętam grymas na mojej twarzy, jęki bólu i słowa "to boli". Ale dalej próbował. I to było dokładnie to samo uczucie, które odczuwam do dzisiaj.
Potem odwrócili mnie na drugą stronę. Dotykali moich pośladków, komentowali je i ocierali się o nie. Ktoś wsadzał tam penisa, nie do środka, ale między pośladki. Potem ktoś w ramach żartu uderzał swoim tyłkiem o mój śmiejąc się przy tym, używając słowa "dupczenie". To było poniżające. Do dzisiaj nienawidzę tego słowa. Bardzo trudno było mi je napisać. Nie mogłabym go wymówić. Nie jestem w stanie słuchać kiedy ktoś tak mówi o seksie, choćby w żartach. Później znowu ktoś próbował we mnie wejść. Wszyscy wydawali takie zwierzęce odgłosy.
A ja spokojnie czekałam na zakończenie. Może nawet uśmiechałam się do nich od czasu do czasu. Nie potrafiłam przyznać, że to co się dzieje nie skrzywdziło mnie. A potem, że miało miejsce. Czekałam na koniec w ciszy chociaż w środku krzyczałam.
A czy wtedy straciłam dziewictwo? Fizycznie? Nie wiem i nigdy się nie dowiedziałam. Wiem, że krew nie pojawia się zawsze, ale wtedy jej nie było. Przynajmniej jej nie pamiętam.
Odkąd pamiętam "to miejsce" dla mnie nie istniało. A kiedy istniało, czułam tam ból lub przeszywający dyskomfort, który powodował zgięcie mojego ciała. Wyobraźcie sobie moment, w którym idziecie z kimś do łóżka bo tego chcecie, ale w pewnym momencie musicie wypalić: "tylko we mnie nie wchodź".
Ból jest nie tylko miejscowy. W pewnym momencie pojawiają się mdłości, ból w klatce piersiowej. Ból duszy. Jakkolwiek głupio może to brzmieć. Tak. Dusza też wtedy boli.
Myślałam, że z czasem to przejdzie. Przecież też miewam fantazje, marzę o takim seksie. Niestety jest to poza moim zasięgiem. I nie mogę w to uwierzyć, że chociaż nie jestem w stanie sobie przypomnieć wszystkiego, to moje ciało pamięta to cholerne zło, które ktoś mi wyrządził.
Wczoraj uprawiałam seks, a po wszystkim zasnęłam na chwilkę. Niestety obudziłam się z tym samym uderzeniem adrenaliny, moje oczy otwarte, ciało gotowe do obrony. I przypomniałam sobie jak powstało to uczucie.
Było tam takie pochylone drzewo. Położyli mnie na nim, nie pamiętam kto mnie rozebrał. Dużo mówili i rechotali obleśnie. Rzucali dziwne komentarze seksualne, których nie rozumiałam. Zmroziło mnie, nie krzyczałam, nie uciekałam. Milczałam w bezruchu. Któryś z nich nieumiejętnie próbował wsadzić mi penisa. Pamiętam grymas na mojej twarzy, jęki bólu i słowa "to boli". Ale dalej próbował. I to było dokładnie to samo uczucie, które odczuwam do dzisiaj.
Potem odwrócili mnie na drugą stronę. Dotykali moich pośladków, komentowali je i ocierali się o nie. Ktoś wsadzał tam penisa, nie do środka, ale między pośladki. Potem ktoś w ramach żartu uderzał swoim tyłkiem o mój śmiejąc się przy tym, używając słowa "dupczenie". To było poniżające. Do dzisiaj nienawidzę tego słowa. Bardzo trudno było mi je napisać. Nie mogłabym go wymówić. Nie jestem w stanie słuchać kiedy ktoś tak mówi o seksie, choćby w żartach. Później znowu ktoś próbował we mnie wejść. Wszyscy wydawali takie zwierzęce odgłosy.
A ja spokojnie czekałam na zakończenie. Może nawet uśmiechałam się do nich od czasu do czasu. Nie potrafiłam przyznać, że to co się dzieje nie skrzywdziło mnie. A potem, że miało miejsce. Czekałam na koniec w ciszy chociaż w środku krzyczałam.
A czy wtedy straciłam dziewictwo? Fizycznie? Nie wiem i nigdy się nie dowiedziałam. Wiem, że krew nie pojawia się zawsze, ale wtedy jej nie było. Przynajmniej jej nie pamiętam.
czwartek, 25 sierpnia 2016
Wspomnienie #2: Pierwszy raz w krzakach
Kiedyś dzieciaki biegały po dworze kiedy chciały. Rodzice przestrzegali przed ulicami i samochodami, ostrzegali, żeby za bardzo się nie umorusać, opowiadali o tym aby nie rozmawiać z obcymi. Ale wtedy nikt nie ostrzegał przed pedofilią. Bo to była pedofilia, prawda? Kiedy ja miałam około pięciu, a oni -naście lat...
Pamiętam, że przed moim blokiem była górka. Nazywaliśmy ją złowieszczo "góra śmierci". Była idealna do codziennych zabaw, w zimie do zjazdów na sankach, a tamtego jedynego lata, wiosny, a może nawet wczesnej jesieni - do toczenia opon samochodowych w dół. Musiały być tam jakieś inne dzieci, na pewno był tam K - mój starszy o rok sąsiad. I M - moja rówieśniczka. Było na prawdę zabawnie. Przeskakiwaliśmy przez te rozpędzone opony. Pamiętam, że to był jeden z ostatnich momentów kiedy czułam się normalna. Odważna, chętna do zabawy, nieodstająca od innych. Nie myślałam o tym czy zabawa mi wychodzi, czy ktoś mnie ocenia lub patrzy. Po prostu świetnie się bawiłam. Od tamtego dnia już nigdy nie poczułam się tak w pełni.
Niespodziewanie, nagle podszedł do mnie chłopak. Nie jestem pewna, ale był to chyba A. M. (wrócę do tego później). Powiedział, żebym poszła z nim za blok, tam był plac zabaw. Powiedziałam, że pójdę tylko poinformuję mamę, która co jakiś czas zerkała na mnie z okna. A. M. w tym momencie zniknął i pobiegł za blok (nie chciał żeby wiedziała z kim dokładnie poszłam?). Podeszłam pod okno i na całe gardło zawołałam mamę. Oświadczyłam, że idę się pohuśtać i że nie będzie mnie przez chwilę widać. Ale musiałam mieć chyba lepszy argument, którego być może nie pamiętam bo w końcu się zgodziła.
Przez chwilę się huśtałam, prawdopodobnie byli tam moi przyjaciele, ale nie jestem tego pewna. Potem chyba zniknęli. A tych chłopców było więcej (chyba trzech m.in. M. M. i J. P.?) i "tradycyjnie" - bo tak dzieje się najczęściej - powiedzieli: "coś ci pokażę, chodź...". Więc poszłam. Zaprowadzili mnie w krzaki. Nazywali to miejsce "bazą". W środku było przestronnie. Byłam pod wrażeniem, jak gdybym znalazła się w innym świecie. Pomyślałam, że to idealne miejsce do zabawy.
Wtedy mówili jakieś dziwne i niezrozumiałe dla mnie rzeczy o kontekście seksualnym. Było to wulgarne i włączało we mnie wyrzut adrenaliny/strachu. Rechotali przy tym na prawdę obleśnie. I wydawali dwuznaczne odgłosy.
Potem działy się rzeczy, które mój mózg nie pozwala mi napisać. Zrobię sobie przerwę. Boli mnie dusza, a ciało zaczyna drętwieć.
Pamiętam, że przed moim blokiem była górka. Nazywaliśmy ją złowieszczo "góra śmierci". Była idealna do codziennych zabaw, w zimie do zjazdów na sankach, a tamtego jedynego lata, wiosny, a może nawet wczesnej jesieni - do toczenia opon samochodowych w dół. Musiały być tam jakieś inne dzieci, na pewno był tam K - mój starszy o rok sąsiad. I M - moja rówieśniczka. Było na prawdę zabawnie. Przeskakiwaliśmy przez te rozpędzone opony. Pamiętam, że to był jeden z ostatnich momentów kiedy czułam się normalna. Odważna, chętna do zabawy, nieodstająca od innych. Nie myślałam o tym czy zabawa mi wychodzi, czy ktoś mnie ocenia lub patrzy. Po prostu świetnie się bawiłam. Od tamtego dnia już nigdy nie poczułam się tak w pełni.
Niespodziewanie, nagle podszedł do mnie chłopak. Nie jestem pewna, ale był to chyba A. M. (wrócę do tego później). Powiedział, żebym poszła z nim za blok, tam był plac zabaw. Powiedziałam, że pójdę tylko poinformuję mamę, która co jakiś czas zerkała na mnie z okna. A. M. w tym momencie zniknął i pobiegł za blok (nie chciał żeby wiedziała z kim dokładnie poszłam?). Podeszłam pod okno i na całe gardło zawołałam mamę. Oświadczyłam, że idę się pohuśtać i że nie będzie mnie przez chwilę widać. Ale musiałam mieć chyba lepszy argument, którego być może nie pamiętam bo w końcu się zgodziła.
Przez chwilę się huśtałam, prawdopodobnie byli tam moi przyjaciele, ale nie jestem tego pewna. Potem chyba zniknęli. A tych chłopców było więcej (chyba trzech m.in. M. M. i J. P.?) i "tradycyjnie" - bo tak dzieje się najczęściej - powiedzieli: "coś ci pokażę, chodź...". Więc poszłam. Zaprowadzili mnie w krzaki. Nazywali to miejsce "bazą". W środku było przestronnie. Byłam pod wrażeniem, jak gdybym znalazła się w innym świecie. Pomyślałam, że to idealne miejsce do zabawy.
Wtedy mówili jakieś dziwne i niezrozumiałe dla mnie rzeczy o kontekście seksualnym. Było to wulgarne i włączało we mnie wyrzut adrenaliny/strachu. Rechotali przy tym na prawdę obleśnie. I wydawali dwuznaczne odgłosy.
Potem działy się rzeczy, które mój mózg nie pozwala mi napisać. Zrobię sobie przerwę. Boli mnie dusza, a ciało zaczyna drętwieć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)