I tego właśnie obawiałam się najbardziej. Tych wszystkich rzeczy, które działy się mojej psychice około osiem lat temu. Wtedy pierwszy raz wylądowałam w szpitalu psychiatrycznym. Załamałam się.
Moja terapeutka uprzedzała, że będzie źle. Że zanim wszystko przepracujemy będę czuła się gorzej. Więc ponownie dręczą mnie myśli samobójcze, czuję, że chciałabym się okaleczyć. Wróciło też pragnienie ucieczki, ból całego ciała, taki którego nie mogę znieść.
Kilka nocy wstecz płakałam tak strasznie, że straciłam kontakt z rzeczywistością. Nawet nie wiem w jaki sposób znalazłam się na podłodze. Chciałam rzucić się ze schodów, zrobić sobie krzywdę. Wiem, że to nie byłam ja.
Znacie takich ludzi, którzy bardzo boją się krwi? Tak, że aż mdleją? Mnie krew nie obrzydza. Cała drętwieje na myśl o złamanej kości, poprzekręcanych kostkach. Dlatego wiem, że to nie byłam ja. Ja nigdy nie skrzywdziłabym siebie w ten sposób. Pocięłabym się, przypaliła papierosem - tak jak wtedy, przed szpitalem. Ale nigdy nie chciałabym wyskoczyć z okna lub rzucić się w dół schodów. To po prostu nie ja.
Wpadłam w taką rozpacz, że krzyczałam. Oczywiście mało z tego pamiętam. Moja połówka musiała mną wstrząsnąć, uderzać mnie w twarz z otwartej ręki. Dopiero po chwili doszłam do siebie.
Moja terapeutka twierdzi, że to tzw. zjawisko dysocjacji. Z nadmiaru bólu czy ciężkich wspomnień po prostu się odłączam.
Przejawia się to też w inny sposób. Czasami wypowiadam całkiem nieświadomie losowe słowa. Przykładowo: "pomóż, ratuj, nie chcę, nie, dziwka, kurwa, spierdalaj, odejdź, zostaw mnie w spokoju". Lub wydaję po prostu dziwne dźwięki. Najczęściej dzieje się tak kiedy czuję się bardzo źle, lub wtedy gdy wykonuję jakąś czynność automatycznie. Zdarza mi się też mówić coś głosem małej dziewczynki.
Od psycholog dostałam dwie kartki, z którymi nie powinnam się rozstawać. Na jednej jest napisane ile mam lat, który mamy rok, jak mam na imię, jaki zawód wykonuję. Na drugiej są pytania: Jak się czujesz? Jakie dźwięki słyszysz? Jakie zapachy czujesz? Co widzisz? Jaki smak czujesz w ustach? - Kiedy zbliża się moment, w którym czuję, że odpływam, kartki te mają mi pomóc w "osadzaniu się" w teraźniejszości. Mam też mocno się czegoś trzymać, a stopy osadzać płasko na ziemi.
G powiedziała: "Nie jesteś już tą małą dziewczynką. Jesteś tutaj i teraz". Aż mną wstrząsnęło.
W pracy już wiszę na ostatnim włosku. Cholerne PTSD zabiera mi przyjaciół, związek, rodzinę, pasję, a teraz nawet pracę. Pożera mnie.
Rozpłakałam się przed grupą facetów. Tak, ja, dorosła. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, nie miałam gdzie się ukryć, jak uciec. Przyszedł i flashback. Cholerne wspomnienie o bezbronności, niemocy, paraliżu przed grupą chłopców.
Nie chcę tam wracać.
Dziennik ofiary molestowania seksualnego / gwałtu. Próba powrotu do dzieciństwa i przywołania wypartych z pamięci wspomnień przy wsparciu terapii poznawczo-behawioralnej. Diagnoza: PTSD zespół stresu pourazowego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ptsd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ptsd. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 2 października 2016
wtorek, 9 sierpnia 2016
Zdanie: "wracałam z obsikanymi i podartymi rajstopkami" wypowiada się prosto lub trudno
No i kolejna sesja za mną. Dzisiaj zaplanowana była sesja relaksacyjna, zapoznanie mnie z technikami wyciszania - które przydadzą się przy okazji kolejnych kroków. Ale jak to ze mną bywa, relaksowanie nie jest taką prostą czynnością. Doszłyśmy do wniosku, że przez większość czasu żyję "na wysokich obrotach", odczuwam i reaguję na wszystko to, co dzieję się naokoło mnie. Kiedy wyciszam się, czuję się wystawiona na atak, czuję niebezpieczeństwo i swoją kruchość. Nie potrafię zamknąć oczu, rozluźnić się czy tym bardziej, tak jak w ostatnim ćwiczeniu - położyć się beztrosko na podłodze i wykonać nieskomplikowane zadanie. Przy osobach trzecich to się po prostu nie wydarzy. Na szczęście spotkałam się z totalnym zrozumieniem i ćwiczenia dostałam do domu. Jestem sceptyczna, ale spróbuję wszystkiego, co może mi pomóc.
Terapeutka zaproponowała mi nagrywanie sesji, a potem odsłuchiwanie ich sam na sam lub w towarzystwie bliskiej osoby. Założenie jest takie, że pomoże mi to "przeprocesować" własne wspomnienia. Początkowo byłam zszokowana i wystraszona, że to wszystko wymaga takich czynności. Myślałam, że jak już raz sobie coś przypomnę i "skoczę w dół", to to już będzie za mną. Niestety nie. Zdecydowałam, że nasze sesje będę nagrywać, a czy je odsłucham? Zobaczę czy zbiorę się na taki wyczyn. Niemniej nagrania będą sobie bezpiecznie czekać na małą dziewczynkę. W razie czego.
Kolejna sprawa to aspekt językowy. Dla mnie terapia w języku ojczystym, a tym "nabytym" to dwie różne sprawy. Język polski ma dla mnie wymiar emocjonalny. Każde słowo to nie tylko słowo, ale i głębsze znaczenie, które nabyłam wraz z doświadczeniem życiowym. Każde słowo poznawałam "empirycznie". Nie słownikowo. Tak jak w przypadku języka angielskiego. Znaczeń uczyłam się na lekcjach, kursach czy po prostu z książek. Dlatego przykładowo przekleństwa w języku polskim trudniej przechodzą przez moje gardło lub wzbudzają większe oburzenie, czy dotykają mnie bardziej niż kiedy słyszę kogoś, kto donośnie krzyczy "fuck!". Powiedzmy, że słowo "jabłko" jest obraźliwe, więc od teraz krzyczę "JABŁKO!" kiedy bardzo się denerwuję. Nie wzbudza to takich emocji, co "KURWA!", czy to ma jakiś sens? Idąc dalej, trudniej byłoby mi powiedzieć np. "potem dotykali mnie po odbycie", "wracałam z obsikanymi i podartymi rajstopkami" plus wiele gorszych słów i zdań, których nie jestem nawet w stanie jeszcze napisać. Tak więc byłam bardzo szczęśliwa, że będę mogła mówić te rzeczy po angielsku, neutralnie, bez przywiązania. Niestety moja terapeutka wychwyciła to od razu. I poinstruowała mnie, że albo zdecyduje się na obecność tłumacza, który jej będzie wszystko tłumaczył, albo będę mówić w dwóch językach. Żeby TO wypowiedzieć tak jak należy. Zdecydowałam się na opcję numer dwa. Chociaż podejrzewam, że będę się czuła ekstremalnie głupio. Chyba warto to przegadać na kolejnej sesji?
Terapeutka zaproponowała mi nagrywanie sesji, a potem odsłuchiwanie ich sam na sam lub w towarzystwie bliskiej osoby. Założenie jest takie, że pomoże mi to "przeprocesować" własne wspomnienia. Początkowo byłam zszokowana i wystraszona, że to wszystko wymaga takich czynności. Myślałam, że jak już raz sobie coś przypomnę i "skoczę w dół", to to już będzie za mną. Niestety nie. Zdecydowałam, że nasze sesje będę nagrywać, a czy je odsłucham? Zobaczę czy zbiorę się na taki wyczyn. Niemniej nagrania będą sobie bezpiecznie czekać na małą dziewczynkę. W razie czego.
Kolejna sprawa to aspekt językowy. Dla mnie terapia w języku ojczystym, a tym "nabytym" to dwie różne sprawy. Język polski ma dla mnie wymiar emocjonalny. Każde słowo to nie tylko słowo, ale i głębsze znaczenie, które nabyłam wraz z doświadczeniem życiowym. Każde słowo poznawałam "empirycznie". Nie słownikowo. Tak jak w przypadku języka angielskiego. Znaczeń uczyłam się na lekcjach, kursach czy po prostu z książek. Dlatego przykładowo przekleństwa w języku polskim trudniej przechodzą przez moje gardło lub wzbudzają większe oburzenie, czy dotykają mnie bardziej niż kiedy słyszę kogoś, kto donośnie krzyczy "fuck!". Powiedzmy, że słowo "jabłko" jest obraźliwe, więc od teraz krzyczę "JABŁKO!" kiedy bardzo się denerwuję. Nie wzbudza to takich emocji, co "KURWA!", czy to ma jakiś sens? Idąc dalej, trudniej byłoby mi powiedzieć np. "potem dotykali mnie po odbycie", "wracałam z obsikanymi i podartymi rajstopkami" plus wiele gorszych słów i zdań, których nie jestem nawet w stanie jeszcze napisać. Tak więc byłam bardzo szczęśliwa, że będę mogła mówić te rzeczy po angielsku, neutralnie, bez przywiązania. Niestety moja terapeutka wychwyciła to od razu. I poinstruowała mnie, że albo zdecyduje się na obecność tłumacza, który jej będzie wszystko tłumaczył, albo będę mówić w dwóch językach. Żeby TO wypowiedzieć tak jak należy. Zdecydowałam się na opcję numer dwa. Chociaż podejrzewam, że będę się czuła ekstremalnie głupio. Chyba warto to przegadać na kolejnej sesji?
środa, 3 sierpnia 2016
Typy terapeutów
Po przeszło pięciu latach ponownie rozpoczynam terapię (piątą z kolei). Jestem po dwóch wstępnych sesjach wprowadzających. Diagnoza: PTSD (coś nowego). Terapia poznawczo-behawioralna (pierwszy raz). Moja terapeutka wydaje się w porządku, kontakt nam zaskoczył. Terapia ma być bardzo intensywna, szokująca wręcz. Przewidziano osiem sesji po 1,5 godziny. Dlaczego ten piąty raz jest wyjątkowy?
Moi poprzedni terapeuci:
1. Pan M. - miły chłopak świeżo po studiach, siedzieliśmy naprzeciw siebie w pełnej ciszy godzinami. Ziewaliśmy naprzemiennie w rytm zegara. Nam obu brakowało terapeutycznego doświadczenia. Ja nie wiedziałam czego się spodziewać, a on jak mnie poprowadzić. Tu nie było planu, wstępu ani rozwinięcia. On nie wiedział co robi i moją nadzieję na lepszy byt zakopał jeszcze głębiej. Po którymś razie zadzwonił, że sesję musimy przełożyć - NA DZIEWIĄTĄ WIECZOREM. Wystraszyłam się, może słusznie, może nie i już nigdy tam nie wróciłam.
2. Elizka - kolejna studentka, ale cholernie seksowna i przyjemna w obyciu. Co tydzień zasypywała mnie psychotestami. Niestety kolejny raz zabrakło doświadczenia.
3. Dr ciocia - ciotka miała masę certyfikatów, doświadczenia, dyplomów i świetnych opinii. Kasę też niezłą zgarniała. Była miła, ciepła i bezpieczna. Uważam, że świetnie nadaje się na rozwiązywanie problemów małżeńskich, rodzinnych, zawodowych. Za każdym razem czułam się jak u cioci na pogawędce. Niestety nie uważam, że dziewczyna wykorzystywana seksualnie powinna w pierwszej kolejności przejść sesje doradztwa zawodowego. Techniki relaksacyjne też na niewiele się zdały.
4. Drapieżna S. - S. też wtedy niedawno opuściła mury uniwersyteckie. Ale była cholernie ambitna, wywnioskowałam to po jej profilu Linkedin. Wydaje mi się, że czerpała z terapii Gestalt. I nawet coś tam się we mnie ruszało. Niestety zraniła mnie pewnymi mało delikatnymi stwierdzeniami i szybko się ulotniłam. Ale jej stalinowskie podejście zaowocowało we mnie punktualnością i obowiązkowością, dostawałam nawet prace domowe.
Każdy z nich był niedostępny, poważny do kwadratu i boży. Absolutnie nie miałam dostępu do wiedzy o samej sobie. Nikt nie tłumaczył co robimy i w jaki sposób. Jakie są szanse i czego się spodziewać. Nie wiem czy jest to kwestia kraju, średniej wielkości miasta, w którym wtedy przyszło mi mieszkać. Może pecha? Żadna z tych terapii mi nie pomogła.
5. G. - G. jest Brytyjką, bo obecnie leczę się w Anglii. G postawiła diagnozę i od razu mnie z nią zapoznała. Przygotowała więcej materiałów do domu oraz informacje dla rodziny jak mają ze mną współpracować. Następnie przedstawiła mi plan działania. Zapoznała z terapią poznawczo-behawioralną. Ponownie przygotowała dla mnie materiały. Przed każdą sesją wypełniam kwestionariusz monitorujący mój ostatni tydzień życia, moje samopoczucie, lęki, emocje, natężenie depresji i myśli "S". Po sesji wypełniam ankietę dotyczącą naszej współpracy, spokojnie nakreślam wszelkie uwagi. G otwarcie odpowiada na moje pytania. Nawet tak idiotyczne jak te: "co jeśli spotkam cię poza terenem poradni?". Nie traktuje mnie jak kołka z problemami. Czasami zażartuje, a czasami nawet ja odwdzięczę się tym samym. I nigdy nie pozwala mi milczeć. Zawsze pyta o czym myślę. Na ostatniej sesji wypełniłyśmy "umowę". Czyli prosto i przejrzyście o tym co najważniejsze.
To są te jasne strony nadchodzących tygodni. Odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu. Tylko co z tymi ciemnymi?
Moi poprzedni terapeuci:
1. Pan M. - miły chłopak świeżo po studiach, siedzieliśmy naprzeciw siebie w pełnej ciszy godzinami. Ziewaliśmy naprzemiennie w rytm zegara. Nam obu brakowało terapeutycznego doświadczenia. Ja nie wiedziałam czego się spodziewać, a on jak mnie poprowadzić. Tu nie było planu, wstępu ani rozwinięcia. On nie wiedział co robi i moją nadzieję na lepszy byt zakopał jeszcze głębiej. Po którymś razie zadzwonił, że sesję musimy przełożyć - NA DZIEWIĄTĄ WIECZOREM. Wystraszyłam się, może słusznie, może nie i już nigdy tam nie wróciłam.
2. Elizka - kolejna studentka, ale cholernie seksowna i przyjemna w obyciu. Co tydzień zasypywała mnie psychotestami. Niestety kolejny raz zabrakło doświadczenia.
3. Dr ciocia - ciotka miała masę certyfikatów, doświadczenia, dyplomów i świetnych opinii. Kasę też niezłą zgarniała. Była miła, ciepła i bezpieczna. Uważam, że świetnie nadaje się na rozwiązywanie problemów małżeńskich, rodzinnych, zawodowych. Za każdym razem czułam się jak u cioci na pogawędce. Niestety nie uważam, że dziewczyna wykorzystywana seksualnie powinna w pierwszej kolejności przejść sesje doradztwa zawodowego. Techniki relaksacyjne też na niewiele się zdały.
4. Drapieżna S. - S. też wtedy niedawno opuściła mury uniwersyteckie. Ale była cholernie ambitna, wywnioskowałam to po jej profilu Linkedin. Wydaje mi się, że czerpała z terapii Gestalt. I nawet coś tam się we mnie ruszało. Niestety zraniła mnie pewnymi mało delikatnymi stwierdzeniami i szybko się ulotniłam. Ale jej stalinowskie podejście zaowocowało we mnie punktualnością i obowiązkowością, dostawałam nawet prace domowe.
Każdy z nich był niedostępny, poważny do kwadratu i boży. Absolutnie nie miałam dostępu do wiedzy o samej sobie. Nikt nie tłumaczył co robimy i w jaki sposób. Jakie są szanse i czego się spodziewać. Nie wiem czy jest to kwestia kraju, średniej wielkości miasta, w którym wtedy przyszło mi mieszkać. Może pecha? Żadna z tych terapii mi nie pomogła.
5. G. - G. jest Brytyjką, bo obecnie leczę się w Anglii. G postawiła diagnozę i od razu mnie z nią zapoznała. Przygotowała więcej materiałów do domu oraz informacje dla rodziny jak mają ze mną współpracować. Następnie przedstawiła mi plan działania. Zapoznała z terapią poznawczo-behawioralną. Ponownie przygotowała dla mnie materiały. Przed każdą sesją wypełniam kwestionariusz monitorujący mój ostatni tydzień życia, moje samopoczucie, lęki, emocje, natężenie depresji i myśli "S". Po sesji wypełniam ankietę dotyczącą naszej współpracy, spokojnie nakreślam wszelkie uwagi. G otwarcie odpowiada na moje pytania. Nawet tak idiotyczne jak te: "co jeśli spotkam cię poza terenem poradni?". Nie traktuje mnie jak kołka z problemami. Czasami zażartuje, a czasami nawet ja odwdzięczę się tym samym. I nigdy nie pozwala mi milczeć. Zawsze pyta o czym myślę. Na ostatniej sesji wypełniłyśmy "umowę". Czyli prosto i przejrzyście o tym co najważniejsze.
To są te jasne strony nadchodzących tygodni. Odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu. Tylko co z tymi ciemnymi?
piątek, 29 lipca 2016
Czym jest projekt dziewczynka?
Witam. Jestem kobietą i małą dziewczynką w jednej osobie. Poza tym nie wyróżniam się niczym szczególnym. Mam dwadzieścia-parę lat, stałą pracę, psa i zwykłe brązowe włosy. Rano chodzę biegać do parku, popołudniu gotuję polski obiad, a wieczorami spotykam się ze znajomymi. Czasami jestem dziecinna. Takie jak ja mijają cię codziennie. Jednak nigdy nie dostrzeżesz, że dwadzieścia lat temu stało się coś, przez co ta najzwyczajniejsza na świecie dziewczyna straciła wszystko. Nie dostrzeżesz, nie dlatego bo czegoś ci brakuje. Tragedii takich jak moja nie widać. Ofiar takich jak ja nie dopatrzysz się w statystykach. Bo nikt mnie nie uratował na czas, a moja historia została zapomniana nawet przeze mnie.
Projekt dziewczynka jest moim osobistym projektem-dziennikiem, prowadzonym przy równoczesnym wsparciu mojej terapeutki. Dziennik pozwoli mi ostatecznie przywołać traumatyczne wspomnienia z okresu dzieciństwa. Przynajmniej taki jest plan. Czy mi się uda?
A dziewczynka? Mała dziewczynka powraca w snach, jest uwieczniona na fotografiach, czasami przemawia przez dorosłą kobietę. Boi się, ucieka, płacze i szuka swojego miejsca. Skoro zawiodła rodzina, pedagodzy, wszyscy dorośli na jej drodze, a nawet wielu terapeutów, lekarzy czy mentorów, czas abym to ja zaprowadziła ją do przeszłości.
Projekt dziewczynka jest moim osobistym projektem-dziennikiem, prowadzonym przy równoczesnym wsparciu mojej terapeutki. Dziennik pozwoli mi ostatecznie przywołać traumatyczne wspomnienia z okresu dzieciństwa. Przynajmniej taki jest plan. Czy mi się uda?
A dziewczynka? Mała dziewczynka powraca w snach, jest uwieczniona na fotografiach, czasami przemawia przez dorosłą kobietę. Boi się, ucieka, płacze i szuka swojego miejsca. Skoro zawiodła rodzina, pedagodzy, wszyscy dorośli na jej drodze, a nawet wielu terapeutów, lekarzy czy mentorów, czas abym to ja zaprowadziła ją do przeszłości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)