niedziela, 21 sierpnia 2016

Opowieść o tym jak cierpię

Mój brat przyjechał mnie odwiedzić. Poszło kilka piw, język się rozwiązał. Słuchał, pocieszał. A potem nagle zasnął. Czy był tak głęboko zmęczony czy raczej tak bardzo znudzony?

Poleciały nazwiska oprawców. Tylko nazwiska bo były to nazwiska rodzin wielodzietnych.  A wśród nich imiona się mieszają.

Poleciały nazwiska i imiona innych znanych mi ofiar. Bo poza nazwiskiem potrafię im też przypisać imię i twarz.

Moja połówka wczoraj powiedziała: "Dziewczyno, Ty powinnaś otworzyć się na swoją rodzinę. Wszyscy myślą, że Ty masz prześwietne życie. Że podróżujesz, masz świetną pracę, duży dom, przyjaciół, jesteś bogata, uśmiechnięta i piękna. Musisz im powiedzieć jak cierpisz..." (i w domyśle "o tym jak wczoraj powiedziałaś mi, że mnie nienawidzisz, że jestem nikim, że mam się wynosić, że mnie nie rozumiesz, że się brzydzisz, że nic nie znaczę, że chcesz umrzeć, że nie masz nikogo, że nikt cię nie rozumie".)

Powiedziałam więc, że ciepię. A wszystko to, brzmi wszech-banalnie, porównując do tego, przez co właśnie przechodzę. Na głoś wszystko brzmi mniej.

piątek, 19 sierpnia 2016

Płacz w środku nocy

Ta noc jest na prawdę okropna. Od pewnego czasu znowu źle sypiam. Najgorsze jest to, że zasypiam w kilka minut, ale i po kilku minutach budzę się z uderzeniem adrenaliny. Serce mi wali, aż dudni w uszach.

Dzisiaj rano powinnam mieć kolejną sesję z terapeutką. Niestety z powodów zawodowych musiałam przesunąć wizytę na następny wtorek. Nie wymiguję się. Na prawdę nie dałam rady zamienić się zmianami. Dzięki temu poczułam jak bardzo brakuje mi tych wizyt. Jak bardzo potrzebuję prostej rozmowy z kimś bezpiecznym. Mam ogromną potrzebę mówienia. I słuchania odzewu, opinii, kontr-dialogu.

I tego mi dzisiaj zabrakło. W pracy przeżyłam bardzo stresujący dzień. Do domu wróciłam prawie na czworaka. Wykrzesałam jednak jeszcze trochę sił na wspólne gotowanie z moją połówką. Zjadłam pierwszy posiłek od dziesięciu godzin. I było nawet znośne. Ale potem zaczęłam pluć jadem, niekontrolowanie. A chciałam jedynie poprosić o trochę uwagi, i tej rozmowy właśnie. Jak zwykle nic z tego nie wyszło. Śpimy osobno. Bardzo mnie to zabolało, że zostałam sama. Leżałam na podłodze, płakałam jeszcze długo. A potem wyszłam z domu, jak ta nastolatka, przed siebie. Myślałam, że ktoś za mną wyjdzie, że ktoś zadzwoni. Ale byłam sama. I jestem dalej.

Coraz częściej myślę o śmierci, o takim szczęśliwym zakończeniu gdzie nie muszę już czuć tego strachu w sercu. O tym, że w końcu mogłabym spać bez tych cholernych snów, w których wracam do przeszłości. Chciałabym nie czuć tego bólu, chociaż na chwilę.

Pragnę, aby ludzie, których potencjalnie bym tym zraniła, żeby oni zrozumieli, że tak byłoby dla mnie lepiej. Że moje życie jest jedną wielką męką. Chciałabym żeby to zrozumieli i pozwolili mi odejść.

Czuję się taka samotna.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Zamarźnięcie mózgu czyli walenie głową w mur przeszłości

Brain freeze, zamarznięcie mózgu. Takie uczucie zablokowania umysłu. U mnie pojawia się najczęściej kiedy wracam wspomnieniami do przeszłości, tej złej. Za każdym razem kiedy ktoś pyta mnie o jakiś detal dotyczący wykorzystywania seksualnego, lub gdy sama od siebie staram się coś komuś wyjaśnić doświadczam tego dziwnego uczucia. Nagle jakby cofam się do przeszłości, jednak natrafiam na mur. Wszystko spowalnia, a ja nie mogę przekroczyć tej bariery. To trochę jakbym miała demona w środku, który się broni ostatkami sił przed opuszczeniem tych wrót i wpuszczeniem mnie do środka.

Do tego dochodzi nagły problem z koncentracją. Jakbym chwilowo próbowała przypomnieć sobie, a jednocześnie zapominała o całej czynności przypominania. Wtedy nie tylko cały świat, ale i ja spowalniam. Słowa, które chcę powiedzieć, moje ruchy, wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Uczucie jest okropnie niekomfortowe. Czuję, że mój umysł nie pracuje prawidłowo. Że zamarza.

Moja terapeutka twierdzi, że jest to całkowicie normalne. Że takie samo uczucie musiało mi towarzyszyć w tamtych trudnych chwilach. G. stwierdziła, że wzięło się to z tego, że dzieci mają cudowną zdolność do niedopuszczania pewnych rzeczy do świadomości. Najczęściej tego co nie są w stanie pojąć.

W końcu czuję, że na prawdę coś z tym robię, że w końcu dzięki G. sobie pomagam. Emocje, uczucia, urywki wspomnień wirują i powracają. Może już niedługo wszystko sobie przypomnę. Wszystko, co działo się z moim ciałem.

Zdanie: "wracałam z obsikanymi i podartymi rajstopkami" wypowiada się prosto lub trudno

No i kolejna sesja za mną. Dzisiaj zaplanowana była sesja relaksacyjna, zapoznanie mnie z technikami wyciszania - które przydadzą się przy okazji kolejnych kroków. Ale jak to ze mną bywa, relaksowanie nie jest taką prostą czynnością. Doszłyśmy do wniosku, że przez większość czasu żyję "na wysokich obrotach", odczuwam i reaguję na wszystko to, co dzieję się naokoło mnie. Kiedy wyciszam się, czuję się wystawiona na atak, czuję niebezpieczeństwo i swoją kruchość. Nie potrafię zamknąć oczu, rozluźnić się czy tym bardziej, tak jak w ostatnim ćwiczeniu - położyć się beztrosko na podłodze i wykonać nieskomplikowane zadanie. Przy osobach trzecich to się po prostu nie wydarzy. Na szczęście spotkałam się z totalnym zrozumieniem i ćwiczenia dostałam do domu. Jestem sceptyczna, ale spróbuję wszystkiego, co może mi pomóc.

Terapeutka zaproponowała mi nagrywanie sesji, a potem odsłuchiwanie ich sam na sam lub w towarzystwie bliskiej osoby. Założenie jest takie, że pomoże mi to "przeprocesować" własne wspomnienia. Początkowo byłam zszokowana i wystraszona, że to wszystko wymaga takich czynności. Myślałam, że jak już raz sobie coś przypomnę i "skoczę w dół", to to już będzie za mną. Niestety nie. Zdecydowałam, że nasze sesje będę nagrywać, a czy je odsłucham? Zobaczę czy zbiorę się na taki wyczyn. Niemniej nagrania będą sobie bezpiecznie czekać na małą dziewczynkę. W razie czego.

Kolejna sprawa to aspekt językowy. Dla mnie terapia w języku ojczystym, a tym "nabytym" to dwie różne sprawy. Język polski ma dla mnie wymiar emocjonalny. Każde słowo to nie tylko słowo, ale i głębsze znaczenie, które nabyłam wraz z doświadczeniem życiowym. Każde słowo poznawałam "empirycznie". Nie słownikowo. Tak jak w przypadku języka angielskiego. Znaczeń uczyłam się na lekcjach, kursach czy po prostu z książek. Dlatego przykładowo przekleństwa w języku polskim trudniej przechodzą przez moje gardło lub wzbudzają większe oburzenie, czy dotykają mnie bardziej niż kiedy słyszę kogoś, kto donośnie krzyczy "fuck!". Powiedzmy, że słowo "jabłko" jest obraźliwe, więc od teraz krzyczę "JABŁKO!" kiedy bardzo się denerwuję. Nie wzbudza to takich emocji, co "KURWA!", czy to ma jakiś sens? Idąc dalej, trudniej byłoby mi powiedzieć np. "potem dotykali mnie po odbycie", "wracałam z obsikanymi i podartymi rajstopkami" plus wiele gorszych słów i zdań, których nie jestem nawet w stanie jeszcze napisać. Tak więc byłam bardzo szczęśliwa, że będę mogła mówić te rzeczy po angielsku, neutralnie, bez przywiązania. Niestety moja terapeutka wychwyciła to od razu. I poinstruowała mnie, że albo zdecyduje się na obecność tłumacza, który jej będzie wszystko tłumaczył, albo będę mówić w dwóch językach. Żeby TO wypowiedzieć tak jak należy. Zdecydowałam się na opcję numer dwa. Chociaż podejrzewam, że będę się czuła ekstremalnie głupio. Chyba warto to przegadać na kolejnej sesji?

sobota, 6 sierpnia 2016

Typy psychiatrów

Naszła mnie taka myśl, że w przypadku psychiatrów doświadczenie nie przychodzi wraz z wiekiem. Ale zanim o tym muszę coś sprostować.

Otóż swoje spostrzeżenia opieram tylko i wyłącznie na własnym doświadczeniu. Wiem, że gdzieś tam są niesamowici psychiatrzy i wiek, płeć czy umiejscowienie gabinetu nie ma na to wpływu. Mi po prostu nie było to dane.

1. Losowa psychiatra w przychodni publicznej - taśmowo przepisuje leki opierając się na szybkim wywiadzie (bo już kolejna osoba jedną nogą w gabinecie). Jeśli leki są nietrafione ALE nie powodują większych skutków ubocznych to... bierz je dalej. One zaczną działać, kiedyś... gdzieś... może w innym wymiarze. Bądź otępiała i wegetuj dopóki ktoś inny ci nie pomoże. A w między czasie jeszcze wdepnie jakaś pielęgniarka, tak w połowie Twojego zwierzania się.
2. Szanowany, prywatny psychiatra, najlepiej z jakąś ważną funkcją w szpitalu - tutaj kolejka jakby jeszcze dłuższa, a wizyta jeszcze krótsza niż w przychodni. Bo czas to pieniądz. Niestety powtarza się tutaj sytuacja z gabinetów psychologicznych. Płatne nie znaczy lepsze. I nie znaczy, że dowiesz się który lek na co i jak działa.
3. Psychiatra 50+ - nie licz na dobrą zmianę. Starszy pan przepisuje leki według starodawnych wytycznych. Po powrocie do domu spisałam sobie wszystko z recepty, prościutko do Internetu. "Lek niezbyt popularny, stopniowo zastępowany jego nowszymi odpowiednikami - patrz: leki nowej generacji".
4. Ciocia - no i znowu te "ciocie", które przegadają z tobą sytuację emocjonalnie, na przykładach z własnego życia osobistego. Bo życie jest piękne!

I nigdy nikt mi nie wyjaśnił impaktu jaki te "testy" będą miały na moim umyśle po czasie. Tak jak nikt nigdy nie zapytał mnie, co doskwiera mi najbardziej. Czy depresja, czy może lęki, czy nerwica. Bo próbujemy leczyć książkową diagnozę.

Plus uwielbiam kiedy przez pierwsze tygodnie depresja i myśli samobójcze się nasilają. Taki ot, sprytny efekcik uboczny. A jak leki się nie przyjmą zabawę zaczynamy od nowa.

środa, 3 sierpnia 2016

Wspomnienie #1: gazety pornograficzne

Jak to się stało, że to sobie przypomniałam?

Podczas oglądania filmu - "Mała miss Sunshine" (czy jakoś tak), główny bohater kupował na stacji benzynowej gazety porno. -> Wtedy przypomniało mi się jak mój brat chował w swojej komodzie najróżniejsze gazety tego typu. Pamiętam jak wyjęłam jedną z nich i jak bardzo przeraziło mnie to co zobaczyłam w środku. To nie był delikatny Playboy czy inny CKM. Wystraszyłam się do granic możliwości. -> I dokładnie to samo uczucie strachu doprowadziło mnie do innego, które miało miejsce we wczesnych latach dziewięćdziesiątych.

Wspomnienie:

Blokowisko w jednym ze śląskich miasteczek. Mam około czterech - pięciu lat, w tamtych czasach nie było to niczym nienormalnym, że taki brzdąc bawił się bez opieki dorosłych. Biegam z moimi najbliższymi przyjaciółmi. Z K i M. Wtedy podchodzą do nas jakieś osoby. Są to chłopcy, niestety nie pamiętam ilu dokładnie ich jest. Mówią, żebyśmy poszli z nimi. My się bardzo cieszymy, że tacy duzi chłopcy poświęcają nam czas.

Przy bloku jest betonowe zejście w dół. Na końcu skręca się w prawo, jest tam nie duża, ale i nie mała wnęka. Na końcu drzwi. Przed tymi drzwiami są cegły i deski - ustawiamy je w taki sposób aby każdy sobie usiadł. Jesteśmy ukryci. Nikt nas tutaj nie widzi. A już na pewno nie moja mama. Wtedy jeden ze starszych chłopców wyciąga papierosa i nas częstuje. Ja chyba nie próbowałam. Ale K spróbował. Po papierosie pokazano nam kartki wyrwane z gazet. Były tam staroświeckie kobiety z rozchylonymi nogami. Wystraszyłam się na widok tego co tam ma dorosła kobieta. Na innych kartkach były pokazane akty seksualne. Ci chłopcy bacznie obserwowali nasze reakcje. Rzucali jakieś chamskie komentarze. (W tym momencie, kiedy piszę te słowa czuję ból w klatce piersiowej, pieczenie i strach. Czuję też mrowienie na moich kończynach)

Wystraszyłam się okrutnie. Tych obrazów, mimiki przedstawionych kobiet i mężczyzn, ich póz i tego jak są zbudowani. Nigdy wcześniej nie patrzyłam na to jak ja właściwie tam wyglądam. Wystraszyłam się też tej sytuacji. Tego, że jestem tam tak jakby uwięziona. Uzależniona od tego jak zareagują inni. Przecież nie ucieknę sama. Udaję, że wszystko jest dobrze. Nie pokazuję swoich reakcji. W końcu coś się dzieje i pamiętam, że biegnę. Biegnę po tym szarym betonie. I chociaż nikt nam tego nie powiedział, wiem że to musi być tajemnica. Wstydzę się i boje.

Przemyślenia:

Zaskakujące jak jeden obraz (z filmu) prowadzi do wspomnienia przesiąkniętego emocją strachu, która z kolei prowadzi do innego wspomnienia.

Prawo:
(Oni wszyscy nigdy nie zostali za nic ukarani. Nie znam się na prawie, ale tak mniej więcej zliczę im te kary)

Art. 202 KK - Pornografia:
§ 1. Kto publicznie prezentuje treści pornograficzne w taki sposób, że może to narzucić ich odbiór osobie, która tego sobie nie życzy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Typy terapeutów

Po przeszło pięciu latach ponownie rozpoczynam terapię (piątą z kolei). Jestem po dwóch wstępnych sesjach wprowadzających. Diagnoza: PTSD (coś nowego). Terapia poznawczo-behawioralna (pierwszy raz). Moja terapeutka wydaje się w porządku, kontakt nam zaskoczył. Terapia ma być bardzo intensywna, szokująca wręcz. Przewidziano osiem sesji po 1,5 godziny. Dlaczego ten piąty raz jest wyjątkowy?

Moi poprzedni terapeuci:
1. Pan M. - miły chłopak świeżo po studiach, siedzieliśmy naprzeciw siebie w pełnej ciszy godzinami. Ziewaliśmy naprzemiennie w rytm zegara. Nam obu brakowało terapeutycznego doświadczenia. Ja nie wiedziałam czego się spodziewać, a on jak mnie poprowadzić. Tu nie było planu, wstępu ani rozwinięcia. On nie wiedział co robi i moją nadzieję na lepszy byt zakopał jeszcze głębiej. Po którymś razie zadzwonił, że sesję musimy przełożyć - NA DZIEWIĄTĄ WIECZOREM. Wystraszyłam się, może słusznie, może nie i już nigdy tam nie wróciłam.
2. Elizka - kolejna studentka, ale cholernie seksowna i przyjemna w obyciu. Co tydzień zasypywała mnie psychotestami. Niestety kolejny raz zabrakło doświadczenia.
3. Dr ciocia - ciotka miała masę certyfikatów, doświadczenia, dyplomów i świetnych opinii. Kasę też niezłą zgarniała. Była miła, ciepła i bezpieczna. Uważam, że świetnie nadaje się na rozwiązywanie problemów małżeńskich, rodzinnych, zawodowych. Za każdym razem czułam się jak u cioci na pogawędce. Niestety nie uważam, że dziewczyna wykorzystywana seksualnie powinna w pierwszej kolejności przejść sesje doradztwa zawodowego. Techniki relaksacyjne też na niewiele się zdały.
4. Drapieżna S. - S. też wtedy niedawno opuściła mury uniwersyteckie. Ale była cholernie ambitna, wywnioskowałam to po jej profilu Linkedin. Wydaje mi się, że czerpała z terapii Gestalt. I nawet coś tam się we mnie ruszało. Niestety zraniła mnie pewnymi mało delikatnymi stwierdzeniami i szybko się ulotniłam. Ale jej stalinowskie podejście zaowocowało we mnie punktualnością i obowiązkowością, dostawałam nawet prace domowe.

Każdy z nich był niedostępny, poważny do kwadratu i boży. Absolutnie nie miałam dostępu do wiedzy o samej sobie. Nikt nie tłumaczył co robimy i w jaki sposób. Jakie są szanse i czego się spodziewać. Nie wiem czy jest to kwestia kraju, średniej wielkości miasta, w którym wtedy przyszło mi mieszkać. Może pecha? Żadna z tych terapii mi nie pomogła.

5. G. - G. jest Brytyjką, bo obecnie leczę się w Anglii. G postawiła diagnozę i od razu mnie z nią zapoznała. Przygotowała więcej materiałów do domu oraz informacje dla rodziny jak mają ze mną współpracować. Następnie przedstawiła mi plan działania. Zapoznała z terapią poznawczo-behawioralną. Ponownie przygotowała dla mnie materiały. Przed każdą sesją wypełniam kwestionariusz monitorujący mój ostatni tydzień życia, moje samopoczucie, lęki, emocje, natężenie depresji i myśli "S". Po sesji wypełniam ankietę dotyczącą naszej współpracy, spokojnie nakreślam wszelkie uwagi. G otwarcie odpowiada na moje pytania. Nawet tak idiotyczne jak te: "co jeśli spotkam cię poza terenem poradni?". Nie traktuje mnie jak kołka z problemami. Czasami zażartuje, a czasami nawet ja odwdzięczę się tym samym. I nigdy nie pozwala mi milczeć. Zawsze pyta o czym myślę. Na ostatniej sesji wypełniłyśmy "umowę". Czyli prosto i przejrzyście o tym co najważniejsze.

To są te jasne strony nadchodzących tygodni. Odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu. Tylko co z tymi ciemnymi?